Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Od 1%" BORDER="0"

Zdjęcia w galeriach.


Powrót z krainy wyobraźni

poniedziałek, 16 lutego 2009 22:02

Po pracowitym styczniu otrzymałem miły prezent - urlop. Dwa tygodnie w domowym zaciszu, podczas gdy na zewnątrz rozpaćkana pseudo-zima. Oglądanie starych kolejowych zdjęć i tęsknota za prawdziwą zimą - taką z dawnych lat - podsyciły moją wyobraźnię na tyle, że powstała "Opowieść zimowa". Można ją przeczytać w dziale "Opowieści maszynisty". Ech, gdzie te dawne, poczciwe czasy...

Nadszedł jednak 15 lutego czyli dzień powrotu do kolejowej rzeczywistości. Na "rozgrzewkę" przypadł mi pociąg 1243 do Dęblina. Świat ponownie pobielał - dwa dni temu wróciła zima. Na pogodnym niebie ostatnie blaski gasnącego zachodu zwiastują mroźną noc. Pora iść na stację...

Lektura leżącej na stole w "brechałce" książki powiadomień jest szybka - szczęśliwie pod moją nieobecność prawie nic nie przybyło. Kilka podpisów w książce pokwitowań, kilka skreśleń w Wykazie Ostrzeżeń Stałych - i jestem "na bieżąco". Można iść na tabor...

"Mój" pociąg stoi na torze 134. Standardowe dwie EN57 - 1716 i 1763. Skład jest gotowy do drogi, przygotował go maszynista z Dęblina, który właśnie kończy służbę i będzie razem ze mną wracał do domu "pasażerem". Zapowiada się spokojna, "koleżeńska" jazda - i tak jest w istocie. W niedzielny wieczór podróżnych jest niewielu, wsiadanie i wysiadanie idzie sprawnie, podążamy więc z iście indiańską punktualnością przez mroczny, zaśnieżony świat, gwarząc - no - o czym? Oczywiście! - o starych, dobrych czasach, kiedy to byliśmy młodsi, żwawsi a wszystko dokoła też było jakieś takie inne. Chyba sympatyczniejsze...

O 22.36 planowo docieramy do Dęblina. Pan Waldek idzie do domu a ja z pomocą rewidenta rozłączam jednostki. Jutro przez cały dzień będą się one pojedyńczo krzątać na trasie Dęblin - Radom. Na pociąg powrotny 2120 wyznaczony jest inny tabor - EN57-1232 i EN57-1698. To pierwszy pociąg w kierunku Warszawy - odjazd o 3.10. Środek nocy, ale jest nieco chętnych do podróży. Jak się niedługo okaże - dobrze że jest ich niezbyt wielu...

Po kilku przystankach kierownik zauważa, że ludzie przesiadają się z drugiej jednostki do pierwszej. Zimową porą to może oznaczać tylko jedno: zimno! Na pierwszej jednostce ogrzewanie działa bez zastrzeżeń, druga nie grzeje. Widocznie przepalił się bezpiecznik WN. Bywa. No nic - W Czachówku Południowym jest 40 minut postoju, wymienię bezpiecznik i tyle. Szczęśliwie obyło się bez awantury, bo wszyscy zmieścili się do pierwszej, ciepłej jednostki.

Zmieniwszy kabinę w Czachówku uruchamiam sterowanie z drugiej strony i idę wymieniać bezpiecznik ogrzewania. Wystarczy do tego "opuścić" tylko jedną jednostkę - zrobię to lokalnie z szafki NN, druga jednostka niech pracuje i się grzeje. Dlatego właśnie uruchomiłem sterowanie z pulpitu.

Zapasowy bezpiecznik WN ogrzewania pociągu okazuje się być przepalony. A niechże cię... Idę do drugiej jednostki. Jest. Dobry. Wracam na pierwszą. Przekaźnik rozrządu przetwornicy oświetleniowej - stop. Przekaźnik rozrządu przetwornicy głównej - stop. Maszyny umilkły, zrobiło się cicho i w tej ciszy wyraźnie słychać... charakterystyczne "stękanie" rozgrzewających się grzejników! Macam jeden, drugi, piąty - ciepłe. No żesz ty... Dobra, grzeje - to grzeje, zamiast mocować się z otwieraniem szafy aparatowej WN wolę zjeść śniadanie bo czas już na to najwyższy - dochodzi siódma rano.

7.03 - odjazd. Pociąg 9150 do Warszawy Wschodniej. Niedaleko - raptem 40 kilometrów. No i dobrze że tylko tyle...

- Mechanik, teraz na tamtej znów zimno się robi - oznajmił kierownik pociągu wróciwszy z kontroli biletów.

O masz... To znaczy że nie ma przejścia na "klawiaturze" - elektrycznym sprzęgu między jednostkami. Dlatego grzeje zawsze tylko pierwsza jednostka w kierunku jazdy. Widocznie ułamała się sprężyna palca stykowego i nie dolegają styki sterowania wielokrotnego ogrzewaniem pociągu. To jest robota dla warsztatu. Na stacji zwrotnej jedyną radą jest wtedy "rozjechanie" jednostek i połączenie ich drugimi końcami, czyli zamiana kolejności w składzie. Nie ma dużego mrozu, więc jakoś się dojedzie... Znów szczęśliwie obyło się bez awantury...

Na Wschodniej przekazuję zjeżdżającemu na Grochów zmiennikowi "co i jak". Pierwsza służba po urlopie dobiegła końca. Teraz marsz na Targową do tramwaju i jazda przez warszawski poranek do Ronda Starzyńskiego. Przystanek "Warszawa ZOO" i dwadzieścia minut czekania w towarzystwie mroźnego wiatru znad Wisły. W porównaniu z nim wnętrze EN57-038 czyli pociągu 6623 jest takie zaciszne i ciepłe... Głowa mimowolnie "leci" ku ścianie przedziału. Wagon skrzypi, trzeszczy, silniki trakcyjne mruczą, śpiewają, wyją...

Budzę się na rozjazdach Legionowa. Jakoś szczęśliwie jeszcze ani razu nie zaspałem...

komentarze (9) | dodaj komentarz

Opowieść zimowa

środa, 11 lutego 2009 2:49

 

 

Rozdział pierwszy.

 

Mroźny wschodni wiatr dął nieprzerwanie już trzeci dzień, goniąc tuż nad wierzchołkami drzew niekończące się śniegowe chmury. W lesie było ciszej niż na otwartym polu, padający śnieg nie ciął w twarz ostrymi cętkami lecz opadał spokojnie ku ziemi, czasem tylko podrywany do tanecznego piruetu przez jakiś zabłąkany podmuch. Korony wysokich sosen szumiały głośno i jednostajnie, tu i ówdzie skrzypnął szarpnięty wietrznym porywem konar. Majestatyczne świerki w milczeniu dźwigały na swoich ciemnozielonych ramionach białe śnieżne brzemię. Wszystko co żyje - schowało się w najgłębsze leśne zakamarki. Taki czas można tylko przeczekać. Zima pokazywała swoją najsroższą twarz.

Krótki styczniowy dzień nawet nie rozjaśnił się był na dobre a już zmierzch począł otulać go swym szybko ciemniejącym szalem. Jednak człowiek w ciemnogranatowym sukiennym płaszczu i takiejż czapce z orzełkiem śmiało podążał ledwo widocznym leśnym duktem nie obawiając się zabłądzenia. Nieważne że śnieg szybko zasypuje ślady stóp, tak jak zasypał już ślady nielicznych chłopskich sań czy lisie, sarnie i zajęcze tropy. Chodził tą drogą już lat kilkanaście i znał ją o każdej porze roku.

Las z przodu przerzedził się a ukrytą pod śniegiem drogę począł znaczyć szpaler biało-czerwonych słupków kończący się krzyżem świętego Andrzeja. Hieronim Poczesny zatrzymał się, wyjął z kieszeni chustkę do nosa i otarł z wąsów rosę ze stopniałego śniegu. Mimo wiatru i mrozu zgrzał się - marsz zaśnieżoną drogą wymagał wysiłku. Teraz półtora kilometra ścieżką wzdłuż toru i dojdzie do stacji w Wołdanach. Co prawda Wołdany Kolonia, gdzie mieszka, mają swój przystanek osobowy, lecz Poczesny jadąc na służbę zazwyczaj nie korzysta z niego. Niewiele to bliżej niż do stacji a nie ma od kogo zasięgnąć informacji w razie opóźnienia osobowego.

Poprawił kołnierz płaszcza i nasunął daszek czapki głęboko na oczy. Skręcił w lewo na ścieżkę wzdłuż toru i natychmiast musiał pochylić się, bo wiatr i śnieg rzuciły na niego całą siłę swojej wściekłości. Usiłował zachować równe tempo marszu, jednak porywy były silne i czasem zataczał się tracąc równowagę. Minął pierwszy ze wskaźników W11 - trzy czarne krechy na wysmukłej prostokątnej tablicy. Na moment podniósł wzrok, ale wśród zawiei nie dostrzegł jeszcze tarczy ostrzegawczej. Dwie ledwo widoczne nitki szyn ginęły w śniegu i mroku. "Sypie nieźle - pomyślał. - Może być służba z przygodami"...

Wskaźnik z dwiema krechami stał w miejscu, obok którego Poczesny najbardziej nie lubił przechodzić. Co prawda teraz śnieg zakrywał wszystko, jednak Poczesny doskonale wiedział w którym miejscu prawy stok nasypu przeorany jest ukośną bruzdą, zasypaną wprawdzie podczas powojennego remontu, ale wciąż widoczną. Wiedział też, że do końca będzie pamiętał kulę ognia wykwitającą spod prawego cylindra, huk i łomot walącego się bezwładnie z nasypu BR52 z wymalowaną na drzwiach dymnicy białą "gapą", syk pary i sypiący się z tendra węgiel... Parowóz pociąga za sobą wagony, słychać niemieckie przekleństwa, wrzaski i jęki "Hilfe! Hilfe..." Trzaski karabinowych serii i wybuchy końcowych wagonów, w których zapewne wieziono amunicję... Chyba tylko Opatrzności zawdzięcza że kocioł parowozu nie wybuchł pozostawiając go tym samym wśród żywych...

Zrobił mocny, żwawy wydech chcąc wyrzucić z siebie nawiedzające go wciąż w tym miejscu wspomnienia. Mijając wskaźnik z jedną krechą dostrzegł majaczącą wśród śnieżycy tarczę i pełgające pomarańczowe światło latarni sygnałowej. Odetchnął głęboko. Widok tarczy ostrzegawczej zawsze go uspokajał. Tarcza zwiastuje przecież zbliżanie się do semafora - a więc do stacji, czyli do bezpiecznego miejsca. Jak przystań dla żeglarza...

Mijając tarczę Poczesny odruchowo spojrzał, czy korba wciągu sanek latarniowych jest dobrze zaryglowana a rolka dźwigni kątowej przesłony prawidłowo weszła w szczelinę dźwigni hakowej. Nie raz i nie dwa dojeżdżając do tarczy złościł się na sygnał wątpliwy, kiedy przesłona latarni zatrzymywała się "pół na pół" bo sanki latarniowe nie były starannie wciągnięte do górnego położenia. Tu jednak wszystko było w porządku, wysłanniczka wjazdowego strażnika milcząco trwała w swojej leśnej samotności patrząc okrągłą pomarańczową twarzą prosto w ciemność szlaku. Poczesny ruszył żwawiej, minął semafor wjazdowy łypiący jak zwykle swoim marsowym okiem, przeszedł przez rozjazdy i pchnął drzwi nastawni dysponującej "Wd".

 

 

- Tak, dla pociągu 96321 droga jest wolna, ode mnie nic parzystego nie ma. Koniec.

 

Dyżurny ruchu Wojciech Kęsicki odwiesił słuchawkę i wyciągnął wtyczkę z gniazdka centralki. Drzwi nastawni otworzyły się i do pomieszczenia wszedł Hieronim Poczesny.

 

- Dobry wieczór panie Wojciechu!

- Dobry wieczór panie Hieronimie. Właściwie to nie taki znów dobry, wcale nie ma zamiaru przestać sypać, jeszcze trochę i utknie tu wszystko - Kęsicki potarł ucho, do którego przed chwilą przykładał słuchawkę. - Osobowy się opóźnia, jeszcze z Małomic nie wyszedł. Na którą ma pan być w parowozowni?

- Na siedemnastą pięćdziesiąt - odparł Poczesny. - Zbiorowego jadę do Waleszyc. Ciekawe jak tamta linia wygląda w taką zawieję. Zawsze tam był urodzaj na zaspy. A pług z Książeńca pewnie najpierw na magistralną dali... - mówił ni to do siebie, ni to do Kęsickiego.

- No, to jeszcze nie ma tragedii, może się pan nie spóźni. Zrobię kawy, co? - spojrzał na Poczesnego, który rozpiąwszy sukienny płaszcz usiadł na krześle i ocierał wąsy z topniejącego śniegu. - Osobowego jeszcze nie ma na bloku, wypijemy spokojnie coś gorącego. Przyda się!

- A z chęcią, z chęcią. Ale coś mi się wydaje że będę musiał zawiadomić dyspozytora. Niewesoło to wygląda - spojrzał przez okno w stronę peronów, gdzie w lichym świetle lamp wirowała w najlepsze obłędna śnieżyca. - W razie czego z rezerwy kogoś pchnie albo miejscowego na awizo ściągnie...

- Nic nie poradzimy, panie Hieronimie, siła wyższa. Żywioł - Kęsicki filozoficznie spojrzał w sufit. Klapnięcie przeskakującej właśnie wskazówki zawieszonego nad biurkiem zegara kazało mu zwrócić uwagę na tarczę. Szesnasta siedemnaście...

 

Wstał z krzesła, minął aparat blokowy, ławę dźwigniową i podszedł do stojącej w kącie nastawni okrągłej żeliwnej "kozy". Dorzucił węgla, chociaż piec i tak był prawie czerwony. Dolał wody do poobijanego czajnika, odsunął fajerkę i postawił czajnik na piecu. Stanął przy oknie, popatrzył na puste perony, potem na budynek dworca - i zmartwiał.

Przed wejściem do poczekalni stał człowiek w wojskowym płaszczu. Wiatr szarpał długimi połami odsłaniając wysokie buty. Na głowie człowiek ten miał co prawda swojsko wyglądającą "uszankę", ale ten długi płaszcz wystarczył, żeby Kęsickiemu przypomniały się inne płaszcze, których dużo przewinęło się swego czasu przez stację w Wołdanach, przemianowanych na "Gross Woldanen". Momentalnie usłyszał stłumiony odległością i zamkniętym oknem ohydny, kanciasty niemiecki rejwach, pełen nawoływań i pokrzykiwań. Na torze czwartym stoi transport wojskowy, załogi poprawiają coś przy okrytych brezentowymi osłonami działach, co chwila biegają do krytych wagonów po jakieś narzędzia, stukają, dokręcają... Syczy otwarta dmuchawka, słychać też powolne, jednostajne "człapanie" parowozowej sprężarki. BR52 z obowiązkową "gapą" na dymnicy i szyderczym, znienawidzonym hasłem "Die Raeder mussen rollen fur den Sieg" na bokach skrzyni wodnej tendra jest cały czas gotowy do jazdy. A wokół transportu krząta się Zugkommendant - wysoki oficer w długim płaszczu. Pogania, sztorcuje podwładnych, wrzeszczy. Wszędzie go pełno. Właśnie spojrzał na zegarek i ruszył z wściekłością w stronę nastawni - zapewne z wrzaskiem zacznie wypytywać czemu, do ciężkiej cholery, transport jeszcze nie dostał wolnej drogi...

- Panie Wojtku! Zamurowało pana? Coś pan tam zobaczył? - Poczesny także podszedł do bocznego okna nastawni.

- Tam, przed poczekalnią... - wychrypiał Kęsicki wciąż nieruchomo patrząc przed siebie.

- Co przed poczekalnią? Pusto, podróżni w środku czekają. Kto by wychodził w taki czas?

- Ten człowiek... w płaszczu... zupełnie jak komendant transportu. Stał przed poczekalnią...

- Panie Wojtku - Poczesny położył dłoń na ramieniu Kęsickiego - pewnie jakiś podróżny wyszedł zobaczyć czy nie wjeżdża osobowy. A przeżyliśmy to, co przeżyliśmy - i to już w nas zostanie. Jesteśmy tym naznaczeni. Brzęknij pan do stacyjnego w Książeńcu, niech powiadomi parowozownię bo wygląda na to że jednak się spóźnię.

 

Kęsicki wrócił do biurka. Czajnik na piecu zaczął szumieć. Kolejne klapnięcie wskazówki zegara obwieściło godzinę szesnastą trzydzieści. "Już powinienem odjeżdżać" - pomyślał Poczesny spoglądając na zegar. Kęsicki włożył wtyczkę do gniazdka centralki, zdjął słuchawkę i zakręcił korbą induktora. Czekał. Wreszcie po tamtej stronie zgłosił się dyspozytor stacyjny w Książeńcu.

 

- Wołdany, dyżurny Kęsicki. Jest u mnie maszynista Poczesny. Prosi zawiadomić dyspozytora parowozowni że może spóźnić się na służbę bo 96321 jest opóźniony.

- ...

- Dziękuję.

 

Odwiesił słuchawkę i wyciągnął wtyczkę. Czajnik na piecu począł wypluwać z dziobka parę i krople wrzątku, kąt nastawni napełnił się sykiem i szarymi kłębami. Kęsicki wziął z biurka przygotowane wcześniej kubki, postawił na parapecie i zalał. Gorący zbożowy aromat począł rozchodzić się po pomieszczeniu. Kęsicki odstawił czajnik i w tym momencie zaterkotał aparat blokowy.

 

- No, znalazła się zguba - mruknął Poczesny i spojrzał na zegar. Szesnasta trzydzieści cztery. - To gdzieś na siedemnastą pięć powinien być - liczył półgłosem - czyli siedemnasta czterdzieści pięć w Książeńcu. Jak się nic więcej nie urodzi...

- Pociąg na szlaku a kawa na stole - oznajmił Kęsicki przynosząc z parapetu aromatycznie dymiące kubki. - Akurat do przyjazdu wypijemy.

 

Przez chwilę siorbali w milczeniu gorący płyn. Jednak Kęsickiego coś zastanowiło:

 

- Zablokował, ale czemu odjazdu nie oznajmia? Coś mi tu nie gra...

 

Wziął słuchawkę i włożył wtyczkę do gniazdka oznaczonego "Mm". Zakręcił korbą. Czekał.

Zakręcił jeszcze raz.

 

- Małomice? - spróbował wywołać głosem.

 

Zakręcił jeszcze raz.

W słuchawce panowała niczym nie zmącona cisza.

Przełożył wtyczkę do gniazdka łącza strażnicowego i wykręcił korbą "dwa krótkie" czyli wywołanie dyżurnego ruchu w kierunku parzystym.

Słuchawka milczała.

Spróbował na łączu awaryjnym - to samo.

 

- Tak jak wtedy... - powiedział patrząc na Poczesnego, ale wzrok miał jakiś nieobecny. - Wtedy też łączność zginęła. Miał przyjechać nieparzysty ale nie dojechał, wysadzili go partyzanci...

- Taaak... Wiem coś o tym - Poczesny patrzył na delikatne smużki pary wydobywające się z kubka. - Niedaleko już było, drugi wskaźnik do tarczy mijałem jak walnęło pod cylindrem i wszystko poooszło! w dół z nasypu. Jeszcze do dziś tam bruzdę znać. Też mi się to przypomniało jak przechodziłem - siorbnął łyk "zbożówki". - I pewnie zawsze już się będzie przypominać, tak jak panu, panie Wojtku, te płaszcze... Ja to mam lepiej bo cały czas z pomocnikiem jestem, ale pan sam tu siedzi to i przeżycia z kątów wyłażą...

- Eee, nic tam... - Kęsicki westchnął i nieznacznie machnął dłonią. - Wojowaliśmy, przeżyliśmy i dalej wojujemy. Teraz na przykład z zimą... Cholercia, może przez odcinkowego się uda dogadać z Małomicami... Albo trzeba będzie wprowadzić przerwę łączności i wyprawiać na rozkazy szczególne. Że też pod sam koniec musiało się schrzanić...

- Zima ma swoje prawa - filozoficznie odparł Poczesny. - Zaczyna pokazywać, kto tu rządzi. Pewnie gałąź spadła gdzieś na druty. Wieje przecież jak nieszczęście. No nic - dopił kawę i postawił pusty kubek na biurku - pójdę już pomału na peron, osobowy zaraz powinien być. Do widzenia!

- Do widzenia, panie Hieronimie, dziękuję za odwiedziny. Zawsze jakoś tak inaczej, jak ktoś przyjdzie.

 

Drzwi nastawni zamknęły się i Kęsicki został sam. Podszedł do nastawnicy i ostrożnie przestawił dźwignię oznaczoną "A1/2".

Wjazd dla pociągu 96321 był podany.

 

Rozdział drugi.

 

W mrok przedziału wdarł się na moment jaskrawy snop światła z reflektora umieszczonego pod oknem wykuszu obserwacyjnego nastawni wykonawczej "Kż1". Zaraz też wagon wzdrygnął się raz i drugi na krzywiźnie rozjazdu i to ostatecznie wyrwało Poczesnego z podróżnego zamyślenia - tego pół-snu, pół-czuwania, swoistego letargu w jaki zazwyczaj zapadamy jadąc pociągiem. Za oknem peronowe latarnie defilowały coraz wolniej i wolniej, wreszcie pisk hamulcowych klocków ustał i Poczesny wysiadł z wagonu. Natychmiast wzdrygnął się przeszyty mroźnym podmuchem, nacisnął mocniej czapkę i poprawił kołnierz płaszcza. Spojrzał na peronowy zegar - siedemnasta czterdzieści osiem. "No, prawie się udało - pomyślał. - Stasiek pewnie już jest, zawsze przyjeżdża wcześniej ode mnie - monologował dalej w myślach - to zakrzątnie się od razu przy maszynie".

Nieliczni podróżni schodzili szybko do jasno oświetlonego podziemnego przejścia wyłożonego kremową poniemiecką glazurą. Poczesny nie zszedł do tunelu, lecz minąwszy cały skład pociągu doszedł do końca peronu i skręcił na prostopadłe do torów przejście wiodące do parowozowni. Minął groźną tabliczkę "Przejście służbowe - strzeż się pociągu", przeszedł przez wszystkie tory parzyste i znalazł się na terenie MD Książeniec. Natychmiast otoczyło go zewsząd pulsujące życie szopy. "Pod węglem" stał jakiś Tr203, silnik windy wyciągu Teudtloffa rzężąc z wysiłku dźwigał właśnie na górę szybu kolejny wózek wypełniony opałem. Węglowe bryły z nieznośnym grzechotem wysypały się na tacę i zsunęły z szumem do skrzyni tendra. Znów winda w ruch - i pusty wózek zjeżdża na dół a drugi, pełny pnie się w górę. Znów grzechot i szum węgla spadającego do tendra. Wiatr porywa węglowy kurz, miesza go z padającym śniegiem w niesamowity, szaro-biały tuman kręcący się w świetle lamp między poczerniałymi od dymu ceglanymi budynkami parowozowni. Dalej kilka "dwójek" czeka na obrządzanie. Pierwszy ma otwarte drzwi dymnicy, widać szlakiera wyrzucającego łopatą lesz do kanału. Tu także powstaje śnieżno-węglowy tuman. Drugi Ty2 właśnie dobiera wodę, ostatni cierpliwie czeka w kolejce. Mimo srożącej się zimy parowozownia funkcjonuje jak zwykle...

Skręciwszy wzdłuż stołówki w kierunku hali Poczesny zauważył brak pługa i pociągu ratunkowego na torze 204. Jednak nie wszystko było "jak zwykle". Gdzieś musiało zdarzyć się wykolejenie...

Skinął głową obrotniczemu, który właśnie "okręcał na wyjazd" Ok22. Silnik i koła zębate napędu obrotnicy metalicznie mruczały, uchodzący przez komin pióropusz pary z uchylonej dmuchawki zatoczył półkole. Obrotnica znieruchomiała, kwadratowa latarnia nad budką maszynowni obróciła się pokazując czarną pionową krechę na białej okrągłej tarczy - sygnał Z2o. Krótkie, oszczędne "fi!" - i parowóz powoli zjeżdża z przęsła kierując się na punkt kontrolny. "To pewnie pod 96324" - pomyślał Poczesny naciskając sfatygowaną od nieustannego używania klamkę wypaczonych, niegdyś brązowych a teraz nieokreślonego koloru drzwi opatrzonych mocno przyrdzewiałą tabliczką "Dyspozytor".

Zamknął drzwi i znalazł się w mrocznym korytarzyku. Odgłosy z zewnątrz stały się cichsze, natomiast coraz wyraźniej dawał się słyszeć krzykliwy głos dyspozytora, który zapewne "wisiał" na telefonie. Poczesny wszedł do "brechałki" i postawił teczkę na poplamionym atramentem i smarami stole o wytartych niezliczonymi rękawami kantach. Poczekalnia drużyn parowozowych była pusta, przesycona zapachem sukiennych płaszczy, potu, papierosowego dymu i wilgotnej skóry przemoczonych butów. Ta pustka trochę zdziwiła Poczesnego, bo zazwyczaj o tej porze kręciło się tu kilka drużyn - z manewrów stacyjnych, spod "depo", czekający po skończonej służbie na pociąg do domu... Szybko jednak przypomniał sobie brak pługa i pociągu ratunkowego. "No tak - pomyślał - kto żyw to do żniw". Jednak nie wszystko idzie jak należy...

Dyspozytor wciąż był zajęty telefonem, więc Poczesny przejrzał jeszcze zatłuszczoną książkę zarządzeń o wyświechtanych, postrzępionych od ciągłego wertowania rogach. Nic nie przybyło - nie pojawiły się żadne poprawki do Wykazu Ostrzeżeń Stałych. Właściwie nic dziwnego - w taki czas robota w torach polega tylko na odśnieżaniu a wszyscy drogowcy są zmobilizowani do akcji zimowej...

Rozległ się trzask odkładanej słuchawki. Poczesny zamknął książkę zarządzeń i podszedł do okienka. Dyspozytor - starszawy, suchy człowieczek o małej, ptasiej głowie wciśniętej między chude ramiona - zwilżył właśnie językiem szarą gumę-myszkę i począł wycierać coś w ogromnej "książce wejścia i wyjścia parowozów".

 

- Dobry wieczór panie Anzelmie!

 

Dyspozytor odłożył gumę i spojrzał w okienko patrząc ponad drucianymi okularami wiszącymi na samym końcu długiego nosa.

 

- Dobry wieczór panie Hieronimie. To jednak pan zdążył... Zresztą i tak by nie było kim wyjechać. Maszyna stoi na ósmym kanale, Stasio już poszedł przyjmować. Zaraz piszę wykaz - sięgnął do szuflady i wyciągnął bloczek druków. Umoczył stalówkę, przy nazwisku Poczesnego postawił w książce obsad dużego, zamaszystego "ptaka" i zaczął wypełniać rubryki w "wykazie pracy lokomotywy".

- A ratunkowy dokąd wyjechał?

- W Wierzejkach wykolejenie - odrzekł dyspozytor nie przerywając pisania. - Jednym torem jeżdżą, młyn się zrobił już od południa, wszystko opóźnione. To ci dopiero dyżur... - z dezaprobatą pokręcił głową.

- A pług? - Poczesny lubił znać wszystkie nowiny.

 

Dyspozytor nie zdążył odpowiedzieć, bo na biurku znów jazgotliwie zadzwonił telefon.

 

- Bochtyra, dyspozytor MD Książeniec! - przepisowo zgłosił się do słuchawki. - Co nawala?... Tak... Postój na szlaku był? Ile minut?... Dacie radę jakoś jechać?... No, może do tej pory zjedzie ratunkowy albo pług to zrobimy wymianę... Dobra, powodzenia.

 

Odłożył słuchawkę.

 

- No i masz, następny chory - mruknął do siebie pisząc ołówkiem na marginesie książki numer zdefektowanego parowozu. - Pług, panie Hieronimie, pojechał przetrzeć dla pana szlak do Waleszyc - mrugnął okiem do Poczesnego podając mu jednocześnie wypełniony wykaz pracy.

- Eee tam, zanim dojadę to może z powrotem zawiać. Na górkach przed Radojewem zawsze urodzaj na zaspy był. Pamiętam, chyba w dwudziestym dziewiątym taka zima była że i pługi nie dawały rady. Jeszcze za chłopaka jeździłem, tak jak mój Stasiek teraz - Poczesny nieznacznie uśmiechnął się. - Ech, leci ten czas...

- A leci, leci. Kiedy "do cywila", panie Hieronimie?

- O, jeszcze dobre dwa lata - odpowiedział Poczesny. - Ale czasem to już bym poszedł. Zmęczony już człowiek... Dobrze że Stasio poczciwy chłopak, na koniec świata można z nim jechać, zawsze z takim służba lżejsza. Na ósmym, mówił pan, tak?

- Tak, na ósmym. No to zielonej! - Bochtyra wstał z krzesła i przez okienko podał rękę Poczesnemu. Wbrew swemu odstręczającemu wyglądowi był przyjaznym, koleżeńskim człowiekiem, powszechnie lubianym przez maszynistów.

- Dziękuję. Dobranoc, panie Anzelmie - Poczesny uścisnął dłoń dyspozytora, wziął ze stołu teczkę i wyszedł z "brechałki".

Chcąc oszczędzić sobie wychodzenia na dwór skierował się w głąb mrocznego korytarzyka i skręcił w lewo, gdzie było przejście na halę parowozowni. Wstąpił do pomieszczenia majstra turnusowego, przejrzał książkę napraw i wziął książkę pokładową "swojego" parowozu. Wyszedł z kantorka i idąc po wachlarzu hali mijał kolejne kanały. Na pierwszym stał wygaszony Tr21, na drugim dwóch rzemieślników krzątało się przy sprężarce "Unrry". Trzeci i czwarty były wolne, na piąty wjeżdżał właśnie Ok1 i przez otwartą bramę wpadał śniegowy tuman. Na szóstym stał jakiś obcy Ty45, na siódmym stara platforma, na którą rzucano wymontowane z parowozów części nadające się tylko na złom. Na ósmym stał "jego" Ty2.

 

- Dobry wieczór panu mechanikowi! - między piątą osią a stopniami wejścia do budki pokazała się umorusana już, ale wesoła twarz krzątającego się w kanale pomocnika, Stanisława Bieganowskiego. - Smarotłocznia w porządku, osiowe zalane, spodki dociągnięte. Zaraz wychodzę na górę i robię parę - wystawił bańkę z olejem na zewnątrz kanału i poszedł pod tendrem do schodków.

- Spokojnie Stasiu, spokojnie i dokładnie - mitygował pomocnika Poczesny, chociaż w duszy był bardzo rad. Nie ma co, dobry chłopak z tego Stasia. Wszędzie zajrzy bez przypominania i palić umie dobrze... Z gatunku tych, co to "roboty się nie boją"...

 

Bieganowski wyszedł z kanału, wziął bańkę i schował do schowka między wózkami tendra. Poczesny postawił teczkę na podłodze budki i wdrapał się do wnętrza. Pomocnik stojąc na dole wycierał dłonie kłakiem czyściwa. Maszynista zajrzał do paleniska, sprawdził wodowskaz i manometry, otworzył zawór turbogeneratora i przekręcił pakietowe przełączniki na tablicy oświetlenia pod sufitem budki. Prawy przedni i lewy tylny reflektor zajarzyły się żółtym światłem, jaśniejącym szybko w miarę nabierania obrotów przez prądnicę. Włączył jeszcze oświetlenie przyrządów i górne światło w budce, po czym przestawił zawór maszynisty w położenie "jazda". Powietrze popłynęło do przewodu głównego i dalej, do zbiorników pomocniczych. Zaraz też swoim rytmicznym "człapaniem" odezwała się sprężarka.

 

- Stasiu, próbę zrobimy i będziemy wyjeżdżać! - krzyknął Poczesny do pomocnika.

 

Bieganowski wziął młotek i poszedł na przód parowozu, do pierwszej osi napędnej. Raz i drugi złożył ręce nad głową zakreślając nimi półkole - "zahamować". Poczesny przestawił zawór maszynisty w położenie piąte i zaraz cofnął do czwartego. Zaskrzypiały cięgła przekładni, klocki docisnęły się do kół. Bieganowski ostukał wszystkie obręcze i pomachał nad głową jedną ręką - "odhamować". Zawór maszynisty w położenie drugie - i klocki odsuwają się od kół. Jeszcze raz ostukać obręcze - i wszystko w porządku, można wyjeżdżać do pociągu. Bieganowski odkłada młotek do skrzyni narzędziowej i otwiera wrota, które są cięższe niż zwykle z powodu naporu wiatru. Zakłada haki zabezpieczające skrzydła bramy przed zamknięciem i podaje sygnał "do mnie". Rozlega się gwizdek - krótkie, oszczędne "fi!" jakie niemal bez przerwy słychać we wszystkich parowozowniach - i Ty2 prowadzony przez maszynistę Hieronima Poczesnego wyjeżdża z hali książenieckiej parowozowni do kolejnej służby.

Obrotniczy zobaczył wyjeżdżający parowóz i nastawia przęsło na wprost kanału ósmego. Latarnia na budce maszynowni obraca się, pokazuje pionową krechę - "wjazd na obrotnicę dozwolony".

 

- Tyłem na wyjazd! - krzyczy do obrotniczego Poczesny wjeżdżając delikatnie na przęsło.

 

Bieganowski w tym czasie zdążył już zamknąć bramę i wraca na parowóz. Trzeba robić większy ogień, ciśnienie pary na razie wystarcza tylko do manewrowania samym parowozem. Zabiera się więc raźno do szuflowania.

Poczesny zgłosił parowóz na punkcie kontrolnym i podjechał pod tarczę manewrową Tm7. Wyjazdowa krzątanina skończyła się - jeszcze tylko przejazd na grupę towarową pod pociąg a potem już tylko przed siebie...

Niebieski kwadrat wzdrygnął się, zgrzytnął i położył poziomo. Poczesny znów gwizdnął i powoli ruszył przez rozjazdy okręgu nastawczego "Kż1". Nasłuchiwał sygnału od nastawniczego. Kiedy trzy krótkie dźwięki trąbki nakazały "stój" - zatrzymał parowóz, przekręcił nawrotnicę w drugie skrajne położenie i czekał. Widział jak iglice rozjazdu przesuwają się to w jedną, to w drugą stronę. Pozwolenia na jazdę nie było. Poczesny odezwał się do pomocnika:

 

- Stasiu, jednak nie pal jeszcze tak mocno. Coś mi się widzi że szybko nie odjedziemy...

- Eee, może tu tylko coś z rozjazdem jest. Jak jechałem z domu to na szlaku ładnie nawet było...

- Ładnie było bo pług pojechał. A że sypie dalej to może być różnie. Jeszcze pod pociągiem nie jesteśmy a już są problemy.

 

Bieganowski odłożył łopatę i uruchomił inżektor żeby dopuścić wody. Z nastawni wyszedł drogowiec w pomarańczowej kamizelce i zaczął odmiatać iglice rozjazdu. Z toru piątego przy peronie pierwszym odjeżdżał właśnie pociąg prowadzony przez Ok22, którego Poczesny widział na obrotnicy przychodząc do parowozowni. Białe kłęby pary strzelały wysoko i mieszały się w górze z wiatrem i śniegiem. Parowóz minął podany "na dwa" semafor wyjazdowy i przejeżdżał właśnie obok Ty2 Poczesnego. Maszyniści pozdrowili się przyjaznym wyciągnięciem dłoni. Śniegowy kurz podrywany z toru pędem powietrza otulał coraz szczelniej podwozia wagonów, czerwone latarnie przesłały swoje lekko kiwające się pożegnanie i skład rozpłynął się w granatowej, mroźnej i wietrznej ciemności. 96324 - do Bręgowa przez Wołdany... Poczesny nagle mocno zatęsknił za domem. Przymknął oczy - i już siedział w osobowym, mijając kolejne przystanki. Wola Książeniecka... Gargajny... Cimosze... Brzydale... Kacko Wielkie - mijanka z jednym torem ładunkowym i skromnym magazynem przylegającym do niepozornego dworca... Podleśno... Wołdany - "jego" stacja, wreszcie Wołdany Kolonia - "jego" przystanek. Krótki żwirowy peron wydeptany tylko pośrodku, trzy latarnie na drewnianych słupach rzucają trzy plamy żółtego światła swoich żarówek. Prostokątny piętrowy budynek o dwuspadowym dachu mieści na parterze poczekalnię i kasę biletową, do której kilkanaście minut przed przyjazdem pociągu schodzi mieszkająca na piętrze kasjerka. Obok budynek gospodarczy - kurnik, komórka na węgiel, na drewno, jeszcze na coś... Dalej ziemna piwniczka o niskich drzwiach. Wiosną, latem i jesienią kury kasjerki w najlepsze spacerują po peronie a ona z mężem - robotnikiem z odcinka drogowego w Wołdanach - krzątają się po swoim niczym nie ogrodzonym obejściu. Teraz jest zimno i ciemno, tylko szumiące na wietrze stare brzozy rosnące wokół budynku powitały Poczesnego wysiadającego z wagonu. Teraz trochę przez las, potem kawałek przez otwarte pole - i ukaże się osiem domów Kolonii Wołdany a wśród nich ten jeden, najważniejszy - jego dom. Oczyma duszy widział już oświetlone okna, dym nad kominem porywany natychmiast przez zimowy wiatr i siedzącą przy kuchennym stole żonę. Zofia nie lubiła samotnych wieczorów, rozumiała jednak służbę męża i ufała Opatrzności zawsze wierząc w jego szczęśliwy powrót. Już zaraz znowu będą razem a w oczach Zofii zapalą się te cudowne, ciepłe promienie...

Drogowiec skończył odmiatanie rozjazdu i pomachał miotłą w stronę okna nastawni. Zaszurała pędnia, iglice przesunęły się i dotarły do końcowego położenia. Nastawniczy otworzył okno, dał dwa długie sygnały trąbką i poziomo pomachał latarką. "Do mnie". Poczesny otrząsnął się z zamyślenia, lekko gwizdnął i uchylił przepustnicę. Parowóz posłusznie potoczył się w kierunku okręgu "Kż2". Tu tarcza już zawczasu była podana. Pojechali dalej do okręgu "Kż3". Za rozjazd i do tyłu, na tor 108 do pociągu. Poczesny nieco bardziej wychylił się z okna żeby lepiej widzieć zderzaki przy dojeżdżaniu. Pchnął lekko przepustnicę i zaraz ją cofnął, żeby parowóz toczył się tylko nieznacznie. Namacał ręką kran hamulca dodatkowego. Jeszcze dwa metry... Jeszcze metr... Doszło. Bieganowski zszedł między zderzaki i z głośnym metalicznym szczęknięciem zarzucił pałąk sprzęgu na hak wagonu. Skręcił sprzęg i połączył węże hamulcowe. Otworzył krany końcowe i wrócił na parowóz. Otrzepał się ze śniegu i zabrał znów do łopaty.

Po torze 101 - przedłużeniu peronowej "jedynki" - wyjeżdżał pośpieszny. Wschodni wiatr znosił łoskot kół w przeciwną stronę, więc Poczesny nie usłyszał go z daleka. Do tego tory 104 i 106 były zajęte składami krytych wagonów, co dodatkowo głuszyło odgłosy z torów głównych. Tylko pióropusz dymu przemieszczał się nad dachami. Dopiero na rozjazdach przy nastawni Kż3 ukazał się Pt31, który zdążył się już rozpędzić prawie do maksymalnej szybkości rozkładowej. Wiatr przyniósł teraz echo bezładnego stukotu kół na przejeżdżanych "po prostej" rozjazdach, kłęby dymu szybko rzedły szarpane wietrznymi podmuchami i sieczone śnieżycą a sznurek mocniej i słabiej oświetlonych okien szybko znikał na łuku toru przesłoniętym skarpą przekopu. Nastał spokój - tylko wiatr kręcił śniegową kurzawą na międzytorzach. Sprężarka parowozu leniwie odzywała się kilka razy na minutę, metalicznie brzęczało pracujące "dynamo", Bieganowski szurał łopatą o ladę tendra, jednostajnie syczała uchylona dmuchawka...

 

- Dosyć, jeszcze rewidenta nie było - rzucił Poczesny do pomocnika. - Za wcześnie para będzie.

 

Bieganowski odstawił łopatę. Zobaczył że twarz mechanika staje się coraz bardziej chmurna. Zawsze tak się działo, kiedy zanosiło się na jakieś komplikacje podczas służby. Nic nie mówiąc przysiadł na zydlu.

Poczesny patrzył przed siebie i myślał: cholera, czas leci a tu rewidenta ani słychu, ani dychu... Drużyna chyba jest, bo z komina brankardu kotłuje ciężki, żółtawy dym... Może by pójść się dowiedzieć...

Jednak nie trzeba było nigdzie chodzić. Na międzytorzu dały się słyszeć przytłumione śniegiem kroki i kolejarz z długim młotkiem pod pachą zjawił się przy parowozie.

 

- Dobry wieczór panie mechaniku, puścimy wiaterek!

- Dobry wieczór. Już myślałem że wszystkich tu wywiało.

- Eee, nie ma obawy! Pług wraca od Liszkajn, nie wyprawią was dopóki nie przyjedzie. To nie warto wcześniej próby robić, bo minie godzina postoju i co? Znowu z uproszczoną lecieć? No to idę z powietrzem!

 

Poczesny przestawił zawór maszynisty w położenie drugie. Zaszumiało płynące do przewodu głównego powietrze, zaraz też odezwała się sprężarka, bo ciśnienie w zbiorniku głównym spadło. Sytuacja wyjaśniła się a Poczesny w myślach przyznał rację rewidentowi. Ostatecznie każdy jakoś tam próbuje ułatwiać sobie życie. Odezwał się do pomocnika:

 

- No, Stasiu, jednak coś się zaczęło dziać. Szykuj końcówki.

- Dobra, się robi.

 

Zszedł z parowozu, żeby przygotować naftowe latarnie sygnałów końca pociągu, schowane - tak jak większość wyposażenia - w schowku między wózkami tendra. Poczesny wyjął z teczki butelkę zbożowej kawy i umieścił ją między rurkami powietrznymi, tak aby nie spadła w czasie jazdy. Potem odsunął boczną szybę i patrzył na rewidenta dochodzącego właśnie do końca pociągu. Światło jego latarki omiatało starannie podwozia wagonów, to znów ślizgało się po zaryglowanych drzwiach węglarek, wapniarek, krytych, sprawdzało mocowanie ładunków na platformach i znów wracało do układów biegowych. Kiedy rewident doszedł do końca pociągu - podniósł latarkę łukiem ponad głowę i opuścił pionowo w dół. "Zahamować". Poczesny przestawił zawór maszynisty w położenie piąte. Nieśmiertelny Knorr H14K1 z głośnym szumem począł wypuszczać powietrze z przewodu głównego. Upuściwszy jedną atmosferę Poczesny cofnął rękojeść do położenia czwartego - odcięcia. Rewident zniknął za ostatnim wagonem. Idąc z drugiej strony pociągu wracał teraz do czoła sprawdzając czy wszystkie wagony mające sprawny hamulec zahamowały.

Poczesny zasunął okno. Wiatr był przenikliwy i wciąż wiał niestrudzenie - szkoda wyziębiać budkę. Wystarczy że na biegu będzie wiało...

 

- Konduktor już poszedł w koniec, rewident wraca - w lewych drzwiach budki pojawił się Bieganowski. - To robię parę, co?

- No to rozpalaj pomału.

 

Pomocnik sypnął kilka łopat i wyjrzał na zewnątrz.

 

- Na luz! - przekazał maszyniście sygnał od rewidenta.

 

Poczesny przestawił zawór maszynisty w położenie drugie. Nie dawał luzowania uderzeniowego bo pociąg nie był zbyt długi. Tak przynajmniej sądził, zważywszy na czas w jakim rewident dotarł do końca składu. Szum powietrza płynącego do przewodu głównego stopniowo cichł, Poczesny rzucił okiem na manometry i znów popatrzył przed siebie - na gęstwę śniegowych płatków gnanych wiatrem wprost na parowóz, na semafor wyjazdowy U108, na rozjazdy oświetlone kilkoma latarniami o kiwających się na wietrze blaszanych kloszach, na majaczącą w ciemności bryłę budynku nastawni, skąd wyszedł właśnie drogowiec w pomarańczowej kamizelce. Wziął stojącą pod ścianą miotłę i ruszył na rozjazdy.

 

- No, chyba dla pługa wjazd będą robić - ożywił się Poczesny.

- To może w miarę planowo odjedziemy - dopowiedział Bieganowski otwierając zawór inżektora.

 

Zasilił kocioł wodą - krótko, oszczędnie, żeby duża ilość zimnej wody nie obniżała temperatury w kotle - i zajął się znów paleniskiem. Poczesny odsunął okno i popatrzył do tyłu, ale rewident jeszcze nie doszedł do końca pociągu. Pracujący na rozjazdach drogowiec odmiatał kolejne zwrotnice i dawał sygnały nastawniczemu kiwając miotłą, wreszcie droga przebiegu została ułożona. Drogowiec postawił miotłę pod ścianą i zniknął w budynku nastawni. Poczesny raz jeszcze spojrzał do tyłu - podniesiona nieruchomo latarka rewidenta oznajmiała "hamulce w porządku". Maszynista zasunął okno.

 

- No to po próbie - rzekł ni to do siebie, ni to do pomocnika.

 

Czekanie na wolną drogę, zwłaszcza na stacji początkowej, nużyło go bardziej niż jazda. Pociągnął z butelki łyk kawy i wrócił do przerwanej obserwacji. Zauważył że tuman śnieżnej zawiei na dwutorowym szlaku magistrali staje się coraz bardziej podświetlony. Jeszcze chwila i dało się już rozróżnić dwa światła czołowych reflektorów. "To od Pogrzeszna coś wjeżdża... A pługa z Liszkajn jak nie ma tak nie ma" - pomyślał Poczesny.

Lewe drzwi budki maszynisty otworzyły się i do wnętrza wszedł kierownik pociągu.

 

- Dobry wieczór! To jesteśmy gotowi. Konduktor już siedzi na breku, rewident skończył. Proszę - kartka i ostrzeżenia na drogę - wręczył Poczesnemu "Kartę próby hamulca" i rozkaz szczególny "O".

- Dobry wieczór. Wszystko pięknie ładnie, tylko tego pługa z Liszkajn jakoś nie widać...

- No właśnie... Ale jak podadzą wyjazd to można ciągnąć.

- Dobra. Na Bodrzychach zostawiamy coś?

- Zostawiać nie zostawiamy ale będziemy zabierać, na jedno wychodzi.

 

Bodrzychy - to był przystanek osobowy z ładownią. Rzadko tam cokolwiek podstawiano, więc zazwyczaj były kłopoty z przestawieniem rozjazdu.

Kierownik wziął wykaz pracy, odwrócił się i już chciał zejść z parowozu ale Poczesny prawie krzyknął:

 

- Zaczeka pan!

- Co jeszcze? - kierownik zatrzymał się w pół kroku.

 

Po sąsiednim torze 110 przetoczył się właśnie zziajany, syczący, rozgrzany parą Ty45 wciągając za sobą wagony...

 

- Właśnie to - Poczesny pokazał na wjeżdżający pociąg. - Stopnie śliskie w taki czas a międzytorze wąskie. Niech się zatrzyma... Przecież nie ma pośpiechu.

- No... w sumie tak - bąknął kierownik nie bardzo mając chęć przyznać się do swojej nieuwagi. Kiedy skład na sąsiednim torze zatrzymał się - zszedł z parowozu i zniknął w brankardzie.

 

Poczesny spojrzał w kartę próby hamulca. 784 tony. Niby sporo mniej niż rozkładowe 1000, ale w taką śnieżycę na pewno będzie co robić. Popatrzył na manometr kotła - wskazówka stała na dwunastu atmosferach.

 

- Pal Stasiu, pal - powiedział do pomocnika. - Teraz to już niedługo powinniśmy odjechać.

 

Bieganowski wprawnymi ruchami równomiernie rozrzucał po ruszcie kolejne porcje węgla. Poczesny znów patrzył w przód i dostrzegł narastający blask światła - tym razem pojaśniał pojedyńczy tor drugorzędnej linii od strony Liszkajn. "No, nareszcie" - pomyślał. Czarne cielsko parowozu o dwóch żółto gorejących ślepiach zatoczyło się na rozjazdach i wjechało na tor 102. Poczesnego zastanowiło, dlaczego pług jest za parowozem a nie przed nim. Czyżby nawalił? No, to będzie wtedy polka w trzecią stronę z figurami...

Na rozjazdach znów począł się krzątać człowiek w pomarańczowej kamizelce. Poczesny zapalił oba czołowe reflektory i patrzył na semafor wyjazdowy, który stojąc nieruchomo wśród porywów zawiei sprawiał wrażenie sumiennego, niewzruszonego wartownika trwającego mimo wszystko na posterunku. Człowiek w kamizelce wrócił na nastawnię, droga była gotowa. Ramiona semafora drgnęły, zatelepały się i podały "wolną drogę ze zmniejszoną szybkością". Poczesny zapalił oświetlenie podwozia, przekręcił nawrotnicę, nacisnął czapkę mocniej na głowę i odsunął okno. Dał sygnał gwizdkiem, sypnął piaskiem pod koła, przeżegnał się i pchnął lekko dźwignię przepustnicy. Wychylił się, patrzył na wiązary i styk kół z szyną a całym sobą czuł rosnący opór naprężającego się składu pociągu. Znów sypnął piaskiem. Opór wagonów zelżał, znaczy że wszystkie ruszyły już z miejsca. Z komina buchnął pierwszy ogromny kłąb pary. Potem drugi... Trzeci... Poczesny minął semafor i zbliżał się do rozjazdów. Będą "na krzywo", ale nie obawiał się już zerwania przyczepności. Zaraz wjedzie na przetarte szyny i dalej już pójdzie gładko...

Minął rozjazdy, odczekał aż skład pociągu "wyprostuje się" i pchnął śmielej przepustnicę. Parowóz począł mozolnie nabierać szybkości, miarowe sapanie pracujących ciężko silników stawało się coraz żwawsze i żwawsze. Zgasił oświetlenie podwozia i zasunął okno.

Pociąg zbiorowy numer 98473 wyjechał na szlak.

 

Rozdział trzeci.

 

Bieganowski odłożył łopatę, uruchomił inżektor i przysiadł na zydlu wstrząsanym rytmicznie wraz z całym parowozem na stykach szyn. Mijali właśnie Małty Wielkie, siedem kilometrów od Książeńca. W świetle reflektorów zamajaczyła z lewej strony ledwo widoczna pod śniegiem krawędź króciutkiego peronu - i to było wszystko. Przystanek nie miał poczekalni ani kasy, latarnie nie świeciły a tablica z nazwą miejscowości zginęła w mroku. Świateł wsi również nie było widać - noc i zawieja przesłaniały wszystko.

Zaraz za peronem zaczął się łuk w lewo - tor omijał tutaj prawie półkoliste jezioro. To właśnie dlatego Bieganowski przerwał krzątaninę przy palenisku i przejął obserwację szlaku. Siedzący po prawej stronie maszynista był teraz po zewnętrznej łuku i nie widział toru przed sobą.

Zamknął zawór inżektora. Pilnował żeby zasilać kocioł wodą często i krótko - tak jak trzeba. Znów spojrzał w przód - ledwo widoczna spod śniegu nitka szyny prostowała się, wyjeżdżali już z łuku. Wstał i chwycił znów za łopatę.

Poczesny w skupieniu patrzył przed siebie, rzucając tylko krótkie spojrzenia na wodowskaz i manometry. Wjechali teraz na długą prostą przez las. Drzew oczywiście nie było widać, tylko huk uchodzącej z cylindrów pary zwielokrotnił się odbitym od leśnej gęstwy echem. Reflektory świeciły raptem na kilkadziesiąt metrów, snopy świateł roiły się od niezliczonych śnieżnych drobin pędzących z mrocznej nicości wprost na parowóz. Żółtawo oświetlony szmat śniegu - i to było wszystko. Nawet słupków hektometrowych nie dawało się odczytać. Poczesny znał co prawda szlak bardzo dobrze - jeździł przecież tędy od lat - jednak chwilami zaczynał czuć się nieswojo nie mogąc dokładnie określić miejsca w którym się znajduje. Znów przez moment pomyślał o żonie i domu - Zofia pewnie już spała a Wołdany Kolonia pogrążone były w ciemności tak jak cały świat...

Snop światła prawego reflektora na moment wydobył z mroku "dechę" - poziomą prostokątną tablicę z trzema czarnymi krechami, czyli wskaźnik W16. Poczesny wyprostował się i zamknął przepustnicę.

 

- Stasiu, dość, odpocznij trochę. Zaraz Bodrzychy, będziemy manewrować - odezwał się do pomocnika.

- Będziemy albo i nie, zależy czy rozjazd pójdzie - odpowiedział Bieganowski i przeciągnął się zakładając ręce za głowę.

- A zdarzało się że nie poszedł, zdarzało się - odparł Poczesny i rozpoczął hamowanie.

 

Z prawej strony pojawił się peron, dworzec, przylegający do niego magazyn i mały plac ładunkowy - wszystko oświetlone mdłym światłem kilku latarni kiwających na wietrze kloszami. To były "Bodrzychy po ł" - jak napisano w rozkładzie jazdy czyli przystanek osobowy z ładownią.

Poczesny zatrzymał parowóz przy wskaźniku W4. Tuż za wskaźnikiem tor przecinała niewidoczna pod śniegiem wiejska droga a za nią były rozjazdy łączące tor szlakowy z torem ładowni. Tor ładowni biegł między peronem a dworcem, obok magazynowej rampy i wzdłuż placu ładunkowego, gdzie kończył się kozłem. Z drugiej strony, za rozjazdem, również był kozioł kończący krótkie żeberko ochronne na które w położeniu zasadniczym nastawiony był rozjazd.

Na placu - prawie przy końcu toru - stała próżna węglarka.

Z brankardu wysiadł kierownik pociągu z zapaloną karbidówką i miotłą w ręce. Zasunął drzwi wagonu i szedł do rozjazdów.

- No, to walczymy! - powiedział do Poczesnego przechodząc obok parowozu.

- Zobaczymy co z tej walki będzie - odrzekł Poczesny. - Bywały zimy, że się rezygnowało z obsługi...

- Bywały, bywały. Jak nie da rady to też pojedziemy dalej, przecież do rana nie będziemy tu kwitnąć - odpowiedział kierownik i podszedł do pierwszego z rozjazdów.

 

Bieganowski także zapalił latarkę i zszedł na zewnątrz sprawdzić panewki. Poczesny został sam w budce. "A to mi się udał ten Stasio! - myślał z satysfakcją. - Jest wszędzie tam, gdzie akurat powinien być, wszystkiego dopatrzy bez przypominania... Będzie z niego maszynista!" - pomyślał i w tym momencie poczuł się bardzo stary i zmęczony. Jeszcze dwa lata z kawałkiem - i zejdzie z parowozu na emeryturę. Odpocznie - to prawda - ale pewnie i żal będzie odchodzić...

 

- W porządku, wszystkie lekko ciepłe. Jednakowo! - relacjonował Bieganowski wchodząc do budki.

- No to i dobrze. Oho, kierownik za drugi rozjazd się wziął, to może i zabierzemy ten wagon - odrzekł Poczesny.

 

Istotnie, kierownik zdążył już był oczyścić rozjazd w torze ładowni i przeszedł na rozjazd w torze szlakowym. Machał miotłą, gmerał w zamku, znów machał miotłą, wreszcie ruszył żwawo w stronę pociągu.

 

- Udało się panie mechaniku! - krzyczał z daleka. - Zaraz odczepiam i wjedziemy po tę węglarkę.

 

Wrzucił miotłę do brankardu i zszedł między zderzaki. Rozległ się szum powietrza uchodzącego z zamykanych kranów końcowych. Poczesny "dał na zderzak", kierownik odczepił parowóz z brankardem od reszty pociągu. Wjechali na tor ładowni, "złapali" czekający na zabranie wagon i najechali z powrotem na pociąg. Próba hamulca - i wszystko gotowe do drogi. Kierownik zamknął rozjazdy na klucz i wrócił do brankardu. Pierwsza praca manewrowa została wykonana.

 

Wjechali w stację Liszkajny. Kierownik poszedł do dyżurnego ruchu a Poczesny i Bieganowski sięgnęli do swoich teczek i posilali się popijając zbożową kawą solidne kęsy chleba z wędliną. Uchylona dmuchawka jednostajnie syczała, metalicznie brzęczało pracujące "dynamo", leniwie odzywała się sprężarka. Jakiś nieobeznany z odgłosami kolei pies ocknął się i naszczekiwał z daleka wśród śnieżycy. Już prawie środek nocy...

 

- Pojedli? To działamy! - kierownik właśnie wrócił od dyżurnego z dyspozycjami. - Zostawimy dwa kryte pod magazynem i zabierzemy wszystko z ogólnych.

- Jasne - mruknął Poczesny żując jeszcze ostatni kęs chleba.

 

Zmiął papier w kulkę i rzucił do paleniska. To samo zrobił Bieganowski. Zaczęły się manewry - nastawniczy z "Ls2" woła "do mnie" kiwając poziomo reflektorem, wyjazd za rozjazdy, nawrotnica do tyłu, zostawili dwa kryte pod magazynem. Teraz luzem w drugi koniec, na tory ogólne. Wagony są porozstawiane każdy oddzielnie, trzeba je pozbierać "do kupy"... Zwykła krzątanina na niewielkiej stacji w niewielkiej miejscowości. Znowu próba hamulca i można jechać dalej. Poczesny patrzy w kartę - 822 tony. Nie tak znów tragicznie...

Dwa ramiona podają wyjazd i 98473 opuszcza Liszkajny.

 

- Stasiu - zagadnął Bieganowskiego Poczesny, kiedy mijali przystanek osobowy Pogwarno - a kiedy ty się na prawą stronę wybierasz?

- Aaa... no nie wiem - pytanie zaskoczyło pomocnika. - Jak mnie na kurs wyślą to pójdę...

- Chyba pójdę do instruktorów i się koło tego zakrzątnę - mówił dalej Poczesny. - Solidny jesteś, sumienny, wszystkiego dopatrzysz w porę... Nadajesz się na maszynistę!

- Dziękuję - skromnie odpowiedział Bieganowski rzucając do paleniska kolejną łopatę węgla.

- Bo widzisz, ja za dwa lata na emeryturę odejdę, to ktoś na moje miejsce będzie potrzebny - Poczesny na moment odwrócił się do pomocnika i uśmiechnął pod wąsem. Ciepło, przyjaźnie a jednocześnie jakoś tak melancholijnie...

- Eee tam na emeryturę, pan mechanik jeszcze jak okaz zdrowia wygląda! - Bieganowski rzucił kolejną szuflę.

- Może i wyglądam - Poczesny znów patrzył w skupieniu przed siebie - ale coś ci powiem: jak się ma dwadzieścia lat albo trzydzieści to się myśli że człowiek jest nie do zdarcia. Po czterdziestce już się trochę życie w kościach czuje. A po pięćdziesiątce coraz częściej myśli się o odpoczynku. Nie syp więcej, do Gryźlewic wystarczy. Siadaj - wstał ze swego miejsca i wskazał je Bieganowskiemu.

 

Pomocnik otworzył usta jakby chciał coś odpowiedzieć, jednak nic nie mówiąc zajął miejsce maszynisty. Spojrzał na manometry, na wodowskaz i zaczął obserwować szlak. Poczesny otworzył zawór inżektora i usiadł po lewej stronie.

 

- Do samych Gryźlewic jest płasko i po prostej. Przy tarczy zamknij parę, to przy wjazdowym akurat szybkość spadnie do czterdziestu. Potem ci powiem co dalej.

 

Bieganowski nie odwracając się skinął głową i w skupieniu patrzył przed siebie.

 

Na szlaku Gryźlewice - Białaszki nastąpiła usterka blokady liniowej, wyjeżdżali więc na rozkaz szczególny "S". Poczesny znów prowadził pociąg osobiście - szlak był trudny, kręty, ze wzniesieniami i spadkami a wagonów nie ubyło - z Gryźlewic wzięli tyle ile zostawili. Ty2 pracował ciężko, buchając ogromnymi kłębami dymu i pary - to znów toczył się lekko z zamkniętą przepustnicą, klapiąc tylko krzyżulcami i zbierając parę na następny wysiłek. Minęli przystanek osobowy Osęka i następny - Łuczek. Środek nocy, nigdzie ani żywej duszy. Jazda wśród ciemności i zawiei przypomina jakąś niesamowitą Odyseję. Wydaje się, że parowóz podąża po wzburzonym śnieżnym oceanie...

Po prawej zamajaczył następny peron. To Przechlin, ostatni przystanek przed Białaszkami. Reflektory wydobyły z mroku budyneczek wychodka, poczekalnię, ławki i pochylony drewniany krzyż na końcu peronu. Poczesny znał historię tego krzyża. Pamiętał jeszcze sprzed wojny bawiącą się na peronie grupkę wiejskich dzieci a wśród nich może czteroletnią dziewczynkę z dwoma jasnymi warkoczami, która zawzięcie machając rączką pozdrawiała przejeżdżające pociągi. Potem tak się złożyło że czas jakiś nie jeździł tą trasą, ale wieści na kolei rozchodzą się szybko. Dziękował tylko Bogu że to nie jemu zdarzył się ten wypadek...

 

- Wieczny odpoczynek racz jej dać Panie... - wyszeptał bezgłośnie, kiedy pochylony krzyż znikał w mroku i śnieżycy.

 

Kiedy "obrobili" Radojewo - brutto pociągu wzrosło do 979 ton. Jakoś dziwnym trafem więcej zabierali niż zostawiali. Ale tak to już jest z pociągami zbiorowymi - raz jest "kita" a drugi raz prawie luzem się jedzie...

Czekali na wolną drogę. Poczesny w milczeniu patrzył na semafor, Bieganowski krzątał się robiąc parę. Widać było po nim że jest już zmęczony, chociaż ruchy miał jeszcze żwawe. Poczesny myślami był już w noclegowni. Jeszcze szesnaście kilometrów - i spać...

Dostali wyjazd. Latem już by świtało, ale zimowa noc była długa i wciąż trwała w najlepsze. Śnieżyca też. Pociąg 98473 wyjechał na ostatni szlak swojej trasy - na szlak Radojewo - Waleszyce. Skład "wyprostował się" minąwszy rozjazdy i Poczesny śmiało pchnął dźwignię przepustnicy. Siedem kilometrów pod górę - aż do przystanku osobowego Biksuny. Komin parowozu głośno "gadał z niebem", Bieganowski szuflował nieustannie ale coraz częściej ocierał czoło wierzchem dłoni...

Kiedy minęli szczyt wzniesienia, Poczesny co prędzej zamknął przepustnicę. Teraz trzy kilometry po spadku - do mostu na Siekli. Potem znowu pod górę... Bieganowski odłożył łopatę, uruchomił inżektor i usiadłszy na zydlu oddychał ciężko.

 

- No, teraz już bliżej niż dalej - odezwał się Poczesny. - Ta ostatnia górka krótsza będzie...

- Krótsza czy dłuższa, para musi być - odpowiedział pomocnik zakręcając zawór inżektora.

 

Znów chwycił łopatę, ale sypnąwszy kilka razy odłożył ją ponownie.

 

- Cholera, muszę na tender wyjść - powiedział do maszynisty. - Trzeba węgiel zruszyć, zamarzł i się nie zsypuje.

- Stasiu, most na Siekli niedługo będzie. Górna kratownica tuż nad budką. Poczekaj - przestrzegł go Poczesny.

- Wiem, pamiętam. Jak poczekam to nie będzie czym palić - odpowiedział Bieganowski, wziął drążek i zaczął gramolić się na tender.

 

Poczesny nic nie odpowiedział. Ściągnął brwi i patrzył na szlak, czyli na kotłującą się w świetle reflektorów zawieję. Będzie łuk w prawo, trochę po prostej, znowu w prawo i most. Nie może go przegapić...

 

Bieganowski zgięty wpół rozbijał zmarznięty węgiel i przegarniał go bliżej budki. Słabo to szło. Wyprostowany mógłby uderzać mocniej, ale przecież zaraz będzie most... "Ciukał" więc dalej tak jak dotąd.

 

Poczesny z całej siły wytężał wzrok i mrugał łzawiącymi z wysiłku i zmęczenia oczami. Żeby tylko nie przegapić pierwszego łuku przed mostem... Wtem zakłuło go prawe oko. Odruchowo zacisnął powiekę i sięgnął po chustkę...

 

Bieganowski odwrócił się żeby ocenić czy zruszonego węgla już wystarczy. Jeszcze trochę, jeszcze parę razy grzebnę - pomyślał.

 

Poczesny otarł oko. "A niech to! - pomyślał ze złością. - Akurat musiało coś wpaść". Zobaczył, że zaczyna się łuk w prawo. Jak się zacznie prosta to trzeba ostrzec Staśka.

W tym momencie zobaczył wyłaniający się spośród zawiei początek kratownicy przęsła...

 

Bieganowskiego przeszył ból w kręgosłupie. Poczuł że musi się koniecznie wyprostować...

 

- Stasiek! Padnij! - ryknął nieswoim głosem Poczesny.

 

Huk wjeżdżającego na most parowozu zagłuszył wszystko.

 

 

Zakończenie.

 

- Requiescat in pace. Amen.

 

Kapłan zakończył obrzędy i odszedł na bok. Obecni na pogrzebie zaczęli składać na świeżej mogile wieńce i wiązanki. Śnieżyca i wiatr ustały, ciszę mroźnego dnia mąciło tylko krakanie gawronów obsiadających okoliczne drzewa.

Cmentarz w Liszkajnach leżał tuż obok toru. Było kilkanaście minut po dwunastej i do stacji zbliżał się pociąg 98419. Maszynista książenieckiego Ty2 wiedział, że dziś jest pogrzeb Bieganowskiego, zatem mijając cmentarz podał w hołdzie zmarłemu długie "baczność". Gawrony poderwały się z drzew i uciekły spłoszone gwizdem. Kłąb parowozowego dymu nie wiedzieć czemu spłynął ku ziemi, owionął zebranych i wsiąkł między igliwie leżących na grobie wieńców i wiązanek...

Ludzie przybyli na pogrzeb powoli zaczynali się rozchodzić. Maszynista Hieronim Poczesny wciąż stał nieruchomo i patrzył przed siebie mrugając coraz bardziej szklącymi się oczami.

 

Legionowo, 11 lutego 2009

 

 

 

 

 

 

 

 

 

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
232425262728 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Przeżycia i wspomnienia ze szlaku... a może i nie tylko ze szlaku...

O mnie

Witam! Marek jestem, z Legionowa koło Warszawy. Zawodowo - maszynista Kolei Mazowieckich; niezawodowo - trochę fotograf, trochę marzyciel, trochę "leśny ludzik"...
Prawdopodobnie zawitają tu również nie-kolejarze, jeśli zatem jakieś sformułowanie będzie niezrozumiałe - zapraszam do korespondencji: marek.leg@gmail.com

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 20.03.2010 18:55:16
  • autor: nelka778
  • treść: superowy bloog życzę...

Statystyki

Odwiedziny: 259198
Wpisy
  • liczba: 150
  • komentarze: 785
Galerie
  • liczba zdjęć: 227
  • komentarze: 130
Księga gości: 140
Punkty konkursowe: 1702
Bloog istnieje od: 1141 dni

Konkursy i nagrody

Ostatnio przyznana nagroda:

  • data: 16.02.2010 10:03:52
  • autor: wojtech
  • punkty: 100
  • treść: Naprawde ciekawy blo...